Zanurzenie się w teatrze immersyjnym
Łącząc rozmowy z uczestnikami, obserwacje i dane z sensorów, Agnieszka pokazuje, dlaczego teatr immersyjny może wydawać się ryzykowny – oraz co faktycznie dzieje się z ludźmi, gdy jednak zdecydują się wejść do środka. To tekst oparty na badaniach, ale osadzony w osobistych doświadczeniach, szczególnie bliski tym, którzy czasem myślą: „to chyba nie jest dla takich jak ja”.
Cały esej w oryginalnej wersji angielskiej można przeczytać na Medium, a u nas – pełna wersja po polsku.
Udział w projektach teatru immersyjnego wymaga – przynajmniej w moim przypadku – odrobiny odwagi, mimo że zawodowo zajmuję się badaniami uczestnictwa w kulturze i dużo myślę o doświadczeniach publiczności. Kiedy rozważam rezerwację biletu na spektakl immersyjny, mam zwykle mieszane uczucia: jestem zaciekawiona, ale nie w pełni zrelaksowana. Wyobrażam sobie wejście w nieznaną przestrzeń, performerów tak blisko, że widzą, jak się rumienię, dźwięki i światła dochodzące z każdej strony, brak jasnych wskazówek, co „powinnam” robić, i fabułę, którą mogę, ale nie muszę „zrozumieć”.
Nie ma w tym nic irracjonalnego. Teatr immersyjny usuwa wiele zwykłych zabezpieczeń: nie można schować się w tylnym rzędzie, nie zawsze wiadomo, kiedy „wypada” zareagować, a wrażenie bycia obserwowanym bywa równie silne jak obserwowanie innych. Do tego dochodzą kwestie praktyczne: pieniądze, czas, opieka nad dziećmi, transport. Nic dziwnego, że udział w takim wydarzeniu może się wydawać trochę ryzykowny.
Noc z Marsjanami (i sensorami)
Ta mieszanka ciekawości i niepokoju stała się punktem wyjścia do projektu, nad którym obecnie pracuję. Chciałam zrozumieć, co dzieje się, gdy osoby takie jak ja – oraz te, które nie są pewne, czy w ogóle pasują do „świata sztuki” – decydują się mimo wszystko wziąć w tym udział. Czego spodziewają się przy wejściu? Czego faktycznie doświadczają w środku? I co, jeśli w ogóle, zmienia się na końcu, gdy wracają do zwykłego dziennego światła i „normalnej grawitacji”?
Aby zadać te pytania, jako miejsce badań wybrałam Jeff Wayne’s The War of the Worlds: The Immersive Experience w Londynie. To doświadczenie łączy teatr na żywo, wirtualną rzeczywistość, dźwięk i scenografię, opierając się na słynnej muzycznej adaptacji opowiadania H. G. Wellsa.
Wraz z moim zespołem dyskretnie śledziliśmy reakcje uczestników, korzystając ze wsparcia British Academy, która sfinansowała nasze badania nad tym, jak wygląda zaangażowanie w sztukę w immersyjnych formatach.
Co zrobiliśmy – mówiąc najprościej?
- Przed rozpoczęciem prosiliśmy osoby badane o odpowiedzi na kilka pytań: jak się czują, czego oczekują, jaki jest osobisty kontekst tej wizyty.
- W trakcie doświadczenia niektórzy uczestnicy nosili małe czujniki fizjologiczne (niewielkie urządzenie na palcu dłoni, a nie hełm rodem z filmów science fiction). Dzięki nim mogliśmy śledzić bieżące reakcje organizmu, czyli to, jak mocno reaguje ciało.
- Po wyjściu prosiliśmy o kolejny zestaw odpowiedzi: co przeżyli, co zapamiętali, jak oceniają doświadczenie.
Wciąż analizujemy dane (mamy około 5 650 000 wierszy na uczestnika, czyli prawie pół miliarda wierszy dla wszystkich 80 osób), więc nie podaję tu żadnych liczb ani formalnych modeli. Ale już teraz wyraźnie rysuje się kilka wniosków.
Po pierwsze: osoby o niskim poziomie zainteresowania często kończą mocno zaangażowane
Przed wejściem część uczestników mówiła, że przyszli głównie „dla technologii” albo „dla partnera / rodziny” – czasem otwarcie przyznawali, że zostali w pewnym sensie „zmuszeni” czy namówieni przez kogoś bliskiego. Po wyjściu ci sami ludzie często bardzo dokładnie opisywali fabułę, grę aktorską i atmosferę. Opowiadali o emocjach, a nie tylko o „gadżetach”. To sugeruje, że nawet osoby, które na początku są niepewne, czy to doświadczenie jest dla nich, mogą się później głęboko wciągnąć.
Po drugie: lęk przed wejściem i doświadczenie w środku nie zawsze się pokrywają
Jak powiedział jeden z uczestników:
„Przed przyjściem nie wiedziałem, czym jest teatr immersyjny, ale kiedy zaczęła się historia, poczułem się bardziej zrelaksowany”.
Część osób, które rzadko chodzą na wydarzenia artystyczne, mówiła po wyjściu, że było mniej presji na „zrozumienie”, niż się spodziewali. Zamiast tego czuli raczej zaproszenie, by po prostu w tym być.
Samo doświadczenie jest tak skonstruowane, że widzowie są prowadzeni fizycznie i narracyjnie – prawie nigdy nie są zostawieni sami sobie i nie muszą improwizować. Jeśli ktoś chce, może przeżyć inwazję Marsjan jako aktywny uczestnik (współ–aktor). Jeśli nie, rola obserwatora jest równie satysfakcjonująca.
Po trzecie: dla wielu uczestników doświadczenie okazuje się bogatsze, niż się spodziewali
Słyszeliśmy m.in.:
- „Podobała mi się każda minuta, moje emocje zmieniały się wraz z kolejnymi scenami.”
- „Kilka razy byłem bardzo poruszony – bawiłem się, ale też byłem wzruszony, smutny i pobudzony.”
- „Wstyd się przyznać, ale dopiero po dwóch wizytach dostrzegłem metaforę kolonizacji i Imperium Brytyjskiego”.
Mówiąc mniej anegdotycznie: powód, dla którego ktoś kupuje bilet, i to, z czym wychodzi, nie zawsze się pokrywają – i to jest całkowicie normalne. Ktoś przychodzi „zobaczyć wirtualną rzeczywistość”, a po niespełna dwóch godzinach wychodzi ze „znacznie bogatszym doświadczeniem”. Z perspektywy badań nad uczestnictwem w kulturze właśnie w tej luce – między tym, dlaczego ludzie myślą, że uczestniczą, a tym, czego faktycznie doświadczają – dzieje się coś najbardziej interesującego.
Po czwarte: jednorazowa wizyta staje się czymś, co chce się powtórzyć i czym chce się podzielić
Wśród 80 osób, które wzięły udział w badaniu, 18 było powracającymi gośćmi – część przeżywała to po raz drugi, część po raz trzeci. Również inni uczestnicy mówili o planach powrotu, zazwyczaj z kimś nowym: partnerem, inną grupą przyjaciół, dorosłymi dziećmi, które „muszą tego doświadczyć”, albo członkiem rodziny, który – w ich przekonaniu – szczególnie polubi jakiś aspekt doświadczenia.
Z perspektywy badawczej jest to interesujące, bo pokazuje nie tylko wysoki poziom zadowolenia, ale także zmianę funkcji doświadczenia. Kiedy ludzie przekroczą próg po raz pierwszy, staje się ono czymś, z czym są gotowi dalej eksperymentować i zapraszać do tego innych. Początkowe ryzyko („Czy to jest dla mnie? Czy dam radę?”) przekształca się w: „Wiem już, co to jest, i mogę przeprowadzić przez to kogoś innego”.
Z punktu widzenia uczestnictwa w kulturze to inny rodzaj sukcesu: doświadczenie nie tylko zapewnia ludziom bezpieczeństwo i intensywne wrażenia za pierwszym razem, ale staje się zasobem, którym aktywnie się dzielą – czymś, co chcą „podarować” innym.
Po piąte: to, z kim idziesz, zmienia poczucie ryzyka
Wielu uczestników mówiło, że bez osoby towarzyszącej czuliby się dużo mniej komfortowo. Obecność partnera, członka rodziny lub przyjaciela ułatwiała rozluźnienie się, wczucie się w fikcję albo przyznanie się do strachu czy wzruszenia bez poczucia wstydu.
Towarzysze nie tylko dzielą bilet i taksówkę, ale także pomagają „unieść” ryzyko społeczne. Łatwiej jest zareagować spontanicznie, śmiać się z siebie, podskoczyć ze strachu lub otwarcie okazywać emocje, kiedy obok jest osoba, której się ufa i która reaguje podobnie. W tym sensie poczucie bezpieczeństwa w doświadczeniach immersyjnych jest tworzone wspólnie: przez projekt samego wydarzenia, przez zespół prowadzący, ale także przez małe społeczności, które ludzie przyprowadzają ze sobą.
Gdzie naprawdę leży „ryzyko”?
Jeśli sztuka immersyjna wydaje się ryzykowna, rzadko chodzi wyłącznie o efekty specjalne, stroboskopy czy „straszne” momenty. Ryzyko jest głównie:
- społeczne – boimy się, że będziemy wyglądać śmiesznie, że ktoś nas oceni,
- poznawcze – obawiamy się, że „nie zrozumiemy” i że to wyjdzie na jaw.
Dla niektórych osób doświadczenie może być po prostu „zbyt intensywne” lub „nie dla mnie”, nawet jeśli nie powiedzą tego od razu po wyjściu. W naszej grupie jedna osoba napisała później, że elementy interaktywne były dla niej bardzo niekomfortowe. To ważny sygnał. Mimo że był to wyjątek w naszym badaniu, przypomina, że ta sama intensywność, która dla wielu jest ekscytująca, dla innych może być przytłaczająca. Dobrze zaprojektowane doświadczenie musi umieć pomieścić oba te scenariusze.
Jak projekt może ograniczać ryzyko
Projekt całego wydarzenia odgrywa tu kluczową rolę. Dobrze zaprojektowane doświadczenie „przejmuje” część ryzyka na siebie, tak aby odwiedzający nie musieli się nim nadmiernie obciążać.
W Jeff Wayne’s The War of the Worlds: The Immersive Experience dzieje się to na kilka sposobów:
- Powitanie i wprowadzenie.
Sposób, w jaki zespół obsługi wita gości i tłumaczy zasady, nadaje ton całej sytuacji: to nie jest egzamin – jesteś gościem w opowieści. Nawet drobne elementy, takie jak humor w instrukcji bezpieczeństwa, potrafią wyraźnie rozluźnić atmosferę. - Format społeczny.
Uczestnicy przechodzą przez doświadczenie w małej grupie, prowadzeni przez performerów. Nie są samotni w obcym świecie, ale częścią niewielkiej grupy, która wspólnie przechodzi przez inwazję Marsjan. Dzięki temu łatwiej jest naśladować innych, śmiać się z niezręczności i naprawdę poczuć się częścią tej małej wspólnoty. - Integracja sztuki z technologią.
Technologia służy opowiadanej historii. Sceny VR rozwijają emocje, które powstały w częściach granych na żywo, a fizyczne scenografie łączą się z tym, co dzieje się w świecie cyfrowym. Uczestnik nie musi przełączać się między „trybem artystycznym” a „technicznym” – doświadcza jednego, spójnego świata. - Przyzwolenie na przeżywanie emocji.
Doświadczenie jest dramatyczne i chwilami nieco „przesadzone” (w dobrym sensie), co daje uczestnikom społecznie akceptowalny pretekst, by się przestraszyć, wzruszyć czy zaangażować. Emocje nie wyglądają na coś wstydliwego – stają się częścią wspólnej gry.
To nie dzieje się samo z siebie – to efekt świadomego projektowania. Wiele osób, które wchodzą z dystansem albo tylko dlatego, że ktoś je namówił, wychodzi później mocno zaangażowanych. Aktorzy, muzyka, scenografia i rytm całego wydarzenia wykonują ogromną, choć na pierwszy rzut oka niewidoczną pracę.
Od gęsiej skórki do wykresów: co robimy dalej
Za kulisami trwa teraz spokojniejsza, ale bardzo ciekawa część pracy badawczej. Zajmujemy się:
- analizą reakcji fizjologicznych (na przykład kiedy obserwujemy wzrosty lub spadki pobudzenia i z czym się pokrywają w narracji),
- obserwacją zachowań grupowych (jak grupy poruszają się razem i jak to wpływa na indywidualne doświadczenia),
- porównaniem odpowiedzi przed i po wizycie (jak zmieniają się emocje, oczekiwania i oceny doświadczenia).
Nie chodzi o to, by sprowadzić publiczność do cyfr. Celem jest zrozumienie, jak środowiska immersyjne pomagają – albo czasem przeszkadzają – w głębokim zaangażowaniu, szczególnie u osób, które na co dzień nie czują się „ludźmi sztuki”.
Pracujemy nad formalnymi publikacjami naukowymi, w których opiszemy metody i modele. Niniejszy esej jest pierwszym krokiem: próbą opowiedzenia, że dobrze znane uczucie niepokoju przed wejściem w sztukę immersyjną jest zrozumiałe – i że dzięki dobremu projektowi ten niepokój można osłabić, a nie wzmocnić.
Innymi słowy, jeśli będziesz kiedyś decydować o uczestnictwie w projekcie immersyjnym, możesz na początku myśleć, że „to nie jest dla ludzi takich jak ja”. Jest jednak duża szansa, że wyjdziesz, zastanawiając się: „dlaczego tak długo zwlekałam / zwlekałem, żeby spróbować?”.
Badania nad „Jeff Wayne’s The War of the Worlds: The Immersive Experience” były wspierane przez British Academy/Leverhulme Small Research Grant Scheme, Layered Reality™ oraz Octodata.
